Publikacje edukacyjne
strona główna  archiwum  dziedziny  nowości  zasady  szukaj  pomoc  poczta  redakcja 
               

 

Publikacja nr
5577
rok szkolny
2008/2009

 
Archiwum publikacji
w serwisie Publikacje edukacyjne

Moja pierwsza praca z niepełnosprawnymi

Tego lata w ramach mojej praktyki wakacyjnej miałam możliwość pojechać na obóz dla niepełnosprawnych, organizowany przez Stowarzyszenie Osób Niepełnosprawnych i Ich Przyjaciół Familia. Pojechaliśmy do Dziwnowa, małej miejscowości na północnym zachodzie Polski, tuż nad morzem. Muszę przyznać, że na samą myśl o tym wyjeździe ciarki przechodziły mi po skórze. Czego się bałam?
- odpowiedzialności, która na mnie spoczywała, gdyż oprócz bycia opiekunem do mojej funkcji należało udzielanie pierwszej pomocy przedmedycznej w razie nagłego stanu zagrożenia życia bądź zachorowania.
- poczucia odrzucenia, który mógłby mi towarzyszyć gdybym nie znalazła wspólnego języka zarówno z opiekunami jak i uczestnikami obozu.
- uległości i niekonsekwencji w działaniu.

W prawdzie nie był to mój pierwszy kontakt z osobami niepełnosprawnymi, gdyż moją podopieczną znałam już półtora roku. Zapewniam jednak, że czym innym jest spotykanie się z kimś raz w tygodniu, a czym innym przebywanie z tą samą osoba przez czternaście dni. Podczas pobytu nie obeszło się bez drobnych konfliktów, które tylko dzięki obustronnej dobrej woli łagodniały.

Moim podstawowym zadaniem było pełnienie opieki pielęgnacyjnej nad osobą niepełnosprawną poruszająca się za pomocą wózka inwalidzkiego.

Zadaniami dodatkowymi, które wiązały się pośrednio z opieką, były:
- Jak największa aktywizacja tej osoby.
- Integracja jej ze społeczeństwem.
- Pomoc w pokonywaniu barier architektonicznych.
- Poszanowanie odmiennego stylu życia i przyzwyczajeń osoby otoczonej opieką.
- Podporządkowanie własnego ja w obręb zainteresowań podopiecznego oraz całej grupy.
- Stymulowanie indywidualnych zdolności osoby niepełnosprawnej.

Wymagania, jak widać duże a moje doświadczenie niewielkie, więc chwilami był ciężko.

Nasi podopieczni mieli różne stopnie niepełnosprawności, przede wszystkim ruchowej ale również inne jej rodzaje. Andrzej, na przykład, był osoba niewidomą. Na każdego podopiecznego przypadał jeden, bądź dwóch opiekunów, w zależności od indywidualnych potrzeb naszych familiantów. Wszystko było tak zorganizowane, żeby nasi podopieczni byli zadowoleni, a my zbytnio nie przemęczeni. Zapewniam, że też wypoczywaliśmy.

W trakcie obozu zaobserwowałam wiele barier, które towarzyszą życiu osób niepełnosprawnych. Przeszkody napotykane przez nich to utrudnienia architektoniczne, komunikacyjne i społeczne. Jeśli chodzi o problemy architektoniczne, to już na samym początku pojawiła się duża przeszkoda w dotarciu na perony, gdyż specjalne windy przeznaczone dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich były od wielu miesięcy nieczynne. Gdyby więc nie Kazimierz - wiceprezes naszego stowarzyszenia, który załatwił u władz krakowskiej kolei chwilowe wstrzymanie ruch, to byłyby kłopoty z samym dotarciem do pociągu.

Gdy dotarliśmy do naszego ośrodka, który mieścił się prawie nad samym morzem rzuciły mi się w oczy kolejne utrudnienia architektoniczne. Pierwszą, dość sporą przeszkodą był bardzo stromy podjazd do stołówki. Na szczęście dla opiekunów nie ma niczego, z czym by się nie uporali. Z podziwem patrzyłam, jak familijni panowie dzielnie wciągali wózki na stołówkę.

Po śniadaniu poszliśmy do swoich pokoi. Muszę przyznać, że pokój w którym mieszkałam z moja podopieczną Iwonką, był całkiem przestronny, więc bez problemów mogłam przemieszczać ją na wózku. Niestety miałyśmy zbyt małą powierzchnię pomieszczenia sanitarno- higienicznego. Umywalka była za wysoko, brodzik nie był zrównany z podłożem, a nad toaletą nie było żadnych uchwytów. To wszystko niestety utrudniało znacznie wykonywanie toalety codziennej. Na szczęście familianci mają to do siebie, że nie zrażają się takimi drobnymi utrudnieniami, więc ja też się nie przestraszyłam.

Kolejnego dnia miałam pierwsze zderzenie z powierzonymi mi zadaniami. Już nie mogłam myśleć tylko o sobie. Byłam ja i Iwonka. Codziennie rano musiałam odpowiednio wcześniej wstać, gdyż już nie tylko ja się przygotowywałam do śniadania, ale musiałam także pomóc mojej podopiecznej w czynnościach samoobsługi.

I tu zwrócę uwagę na to, że należy pomagać, a nie wyręczać, bo przecież dążymy do jak największej aktywizacji tych osób. Najpierw musimy przeprowadzić wstępną ocenę samodzielności osoby niepełnosprawnej i na podstawie tego pracować nad zwiększeniem aktywności tejże osoby. Powiem szczerze, że nie jest to łatwe, gdyż często zdarza się, że osoba którą się opiekujemy ma nadopiekuńczych rodziców, którzy nierzadko ja wyręczają nawet w prostych czynnościach. Musimy pamiętać, że niepełnosprawny wiele potrafi wykonać sam, tylko często zajmie mu to troszkę więcej czasu niż zdrowej osobie. Dla niego umycie zębów, ubranie się, czy nawet samodzielne skorzystanie z toalety jest bardzo trudnym zadaniem. Warto jednak mobilizować go do podejmowania tych wyzwań, ponieważ wielka radość pojawia się na twarzy osoby, której udało się pokonać własne ograniczenia i wykonać coś, co wydawało się jej niemożliwe. Pamiętajmy, że ich radość przekłada się na naszą satysfakcję.

Już w pierwszych dniach obozu mieliśmy pogodny wieczorek zapoznawczy. Śpiewaliśmy, graliśmy w różne gry, uczyliśmy się swoich imion. W między czasie zajadaliśmy się smacznymi ciasteczkami, popijając różne napoje. Wielu familiantów już się znało, ale dla mnie był to idealny sposób, aby poznać obozowiczów. Przekonałam się, że Ci ludzie są bardzo otwarci, zarówno osoby niepełnosprawne jak i opiekunowie. Każdą nową osobę przyjmują bardzo ciepło i okazują jej dużo zainteresowania. Mimo dużego przedziału wiekowego mówimy do siebie po imieniu, co w dużej mierze zmniejsza dystans i bardziej nas integruje.

W pierwszym tygodniu obozu mieliśmy dużo czasu dla siebie, wiec sami organizowaliśmy sobie dzień. Ja z Iwonką przed południem chodziłyśmy zazwyczaj na plaże, gdzie nasi podopieczni korzystali z kąpieli słonecznych, ale też wodnych. Jeśli chodzi o osoby poruszające się na wózkach, to wchodziły one do wody zawsze pod asystą dwóch opiekunów. Popołudniami natomiast spacerowałyśmy promenadą widokowa szczytem wydm podziwiając morze i zachód słońca.

ilustracja

Nie zapomnę też naszych dyskotek do których obozowicze przygotowywali się już od wczesnego popołudnia. Pamiętam, że moja podopieczna nie miała ochoty iść na zabawę. Nie miałam pojęcia, dlaczego nie lubi tego typu zabaw. Nie chciałam, żeby zostawała w pokoju i się izolowała. Wtedy wpadłam na pomysł że ją pomaluję. Pomyślałam sobie, że jak spojrzy w lustro i stwierdzi, że pięknie wygląda, to może zechce pójść się pobawić. I tak się stało. Iwonka uradowana swoim wyglądem chciała się wszystkim pokazać i poszłyśmy na salę taneczną. W ten wyjątkowy wieczór wszystkie kobiety niepełnosprawne były pięknie ubrane i delikatnie pomalowane. Pamiętam, że przyszła mi wtedy do głowy taka myśl: Dlaczego te kobiety nie podkreślają swojej urody na co dzień? Dlaczego się nie malują? Przecież one też chcą być piękne. Kobieta zawsze będzie kobietą. Nie ważne jest to, czy jest chora, czy zdrowa, starsza, czy młodsza. I myślę sobie, że wraz z niepełnosprawnością zabrano im jeszcze coś więcej - prawo do kobiecości. Myślę, że warto stworzyć warsztaty wizażu dla tych właśnie kobiet. Tego typu zajęcia mogłyby spowodować w nich wzrost poczucia własnej wartości.

A co do samej dyskoteki, to chciałam się podzielić, że dawno nie bawiłam się tak dobrze, jak na dyskotece familiantów. Nawet przez chwilę udało mi się zapomnieć, że nie umiem tańczyć i rzuciłam się w wir muzyki. Dopiero później uświadomiłam sobie, że było troszkę nie do rytmu, ale wcale się tym nie przejęłam. Bardo miło wspominam też tańce z osobami na wózkach inwalidzkich. Wyczynialiśmy niesamowite piruety.

Na obozie mieliśmy też niezapomnianą wyprawę statkiem pirackim "Korsarz" do Kamienia Pomorskiego. Pamiętam, że była wtedy słoneczna pogoda i podziwialiśmy piękne widoki. Wszyscy byliśmy zachwyceni. Nawet uczestnicy wyprawy mający chorobę lokomocyjna, pomimo, że trochę nami bujało, ku mojemu zaskoczeniu, nie narzekali na żadne dolegliwości.

Wieczorami nie zabrakło nam też ognisk, na których smażyliśmy pyszne kiełbaski. Osoby, które miały problem z utrzymaniem kijka, powierzały to zadanie innym. Całej imprezie towarzyszyły nasze głośne śpiewy przy akompaniamencie gitary, na której grała nasza, jak zawsze niezastąpiona Andzia. Wszystko trwało do późna w nocy, więc by nie zakłócać ciszy innych pensjonariuszom, po dwudziestej drugiej godzinie bawiliśmy się znacznie ciszej.

W drugiej części obozu pojechaliśmy na wycieczkę do Międzyzdrojów. Tam najpierw poszliśmy do muzeum Figur Woskowych, gdzie mogliśmy pooglądać figury niezwykłych osobistości artystów, polityków, czy różnego rodzaju wybryków natury. Oczywiście nie obeszło się bez robienia sobie wzajemnie zdjęć, z tymi właśnie postaciami. Powstało więc wiele całkiem niezłych fotek, które z pewnością nie pozwolą nam zapomnieć o tym miejscu.

Kolejnym punktem wyprawy była Promenada Gwiazd, gdzie mogliśmy przyłożyć własne dłonie, do dłoni naszych ulubionych artystów z Polski i z zagranicy.

Ostatnim miejscem naszej wycieczki w Międzyzdrojach było molo, skąd podziwialiśmy widnokrąg naszego polskiego morza. Pamiętam, że strasznie wtedy wiało, a my nie byliśmy najcieplej ubrani, więc ta część wyprawy była bardzo krótka. Później mieliśmy czas dla siebie i mogliśmy wypić i zjeść coś ciepłego.

ilustracja

Wieczorem wróciliśmy autokarem do naszego ośrodka w Dziwnowie, gdzie jeszcze przez jakiś czas dzieliliśmy się wrażeniami z naszej wycieczki. Moja podopieczna choć jest osobą, łatwo nawiązującą nowe znajomości, lubi ciszę i spokój, co przekłada się na to, że nie przepadała za tłumnym zbieraniem się familiantów na korytarzu przy kawie i czymś słodkim. Obozowicze kiedy zauważyli, że brakuje Iwonki zaczęli przychodzić do naszego pokoju, gdzie stworzyła się nieoficjalna, konkurencyjna kawiarenka, w której toczyły się długie rozmowy oraz śpiewy przy akompaniamencie gitary. Wszyscy byliśmy szczęśliwi, ja chyba najbardziej, gdyż w drugim tygodniu w naszym pokoju było dużo radości, którą przynosili nasi familijni przyjaciele.

Źle by się stało jakbym nie wspomniała o Darku, naszym obozowiczu, który codziennie rano, zaraz po wschodzie słońca, wstawał i wybierał się na poranny jogging. Codziennie też dostawałam od niego zaproszenie. Skusiłam się dopiero pod koniec obozu na uczestnictwo w tego typu aktywności i muszę przyznać, że moja forma pozostawiała wiele do życzenia. Ja, pełnosprawna osoba już w połowie trasy miałam dość. Udawałam jednak, że takie biegi to dla mnie żaden wyczyn. Darek, na szczęście, po wyrazie mojej twarzy zorientował się, że już mam dość i codzienną trasę skrócił o połowę. Dostałam wtedy dużą lekcję pokory. Przekonałam się, że niepełnosprawny, wyrabiając w sobie dobrą kondycję, może być bardziej sprawny od niejednej pełnosprawnej osoby.

Na zakończenie chcę jeszcze powiedzieć, że podziwiam wiele z tych osób. Nie dość, że dźwigają piętno kalectwa, to często są też przygniatani dramatem swoich rodzin. Raczej nie mówią o ranach, które zadali im najbliżsi, milczą. Zwykle nawet są nad wyraz radośni. Smucą się tylko, gdy zbliża się pora powrotu do domu. Dlaczego? ... Nie wiem. Jednego tylko jestem pewna. Ci ludzie są WIELCY, gdyż pomimo wielu przeszkód, często niestety przysparzanych przez ich najbliższych, oni nie poddają się, lecz idą dalej i posuwają do przodu.

ilustracja

Podsumowując, mimo trudności, które towarzyszyły mi na tym obozie, warto było pojechać. Zapoznałam się na nim z rolą pielęgniarki w procesie pielęgnacji osoby niepełnosprawnej. Jak już wspominałam, wcześniej było mi to obce, ale nie zostałam rzucona na głęboką wodę, gdyż wielu doświadczonych opiekunów służyło mi pomocą, gdy tylko jej potrzebowałam. Myślę, że rozwinęłam w sobie wiele nowych umiejętności dzięki temu wyjazdowi. Przede wszystkim nauczyłam się odpowiedzialności, oraz techniki i metod pracy z osobami niepełnosprawnymi. Dokształciłam się też w umiejętności empatii. Rozmawiając z osobą niepełnosprawną trzeba umieć spojrzeć na problem, który nam przedstawia jej oczami. Trzeba spojrzeć na niego z jej perspektywy. Taka cecha jest bardzo ważna dla przyszłej pielęgniarki, więc cieszę się, że ją nabyłam. Uświadomiłam sobie też jedną bardzo ważną sprawę, a mianowicie to, że należy się szanować i zawsze znaleźć czas na odpoczynek i wyciszenie się, który dodaje nam siły i powoduje, że wzrasta efektywność naszej pracy. Zachęcałabym przyszłe pielęgniarki do uczestnictwa w takim obozie, gdyż dzięki niemu z pewnością poszerzą swoje umiejętności i zdobędą wiele ciekawych doświadczeń.

Serdeczne podziękowania za pomoc mojej koordynator praktyk
mgr Bogumile Baran-Osak.

Magdalena Górska
studentka II roku Pielęgniarstwa
Wydziału Nauk o Zdrowiu CM Uniwersytetu Jagiellońskiego


Zaświadczenie online



numer online: 68 gości

reklama