Publikacje edukacyjne
strona główna  archiwum  dziedziny  nowości  zasady  szukaj  pomoc  poczta  redakcja 
               

 

Publikacja nr
7026
rok szkolny
2009/2010

 
Archiwum publikacji
w serwisie Publikacje edukacyjne

Błędne koło szkolnego wychowania fizycznego

Problem powraca, jak bumerang i na pewno nie dotyczy tylko przedmiotu wychowanie fizyczne. W swoim artykule "Aktywność dziecka źródłem radości?", który był spontanicznym odruchem na publiczne zachwyty twórców i zwolenników jednej z poprzednich reform, podkreślałem, że:

Zarówno przed każdą reformą, jak i po "wprowadzeniu" takowej w życie byli i będą wychowawcy, dla których konkretny wychowanek był i jest głównym podmiotem procesu wychowawczego. Byli i będą także tacy "wychowawcy", którzy siebie samych, swoje ambicje i aspiracje, będą stawiali ponad interesem wychowanków. Osoba nauczyciela to jednak nie jedyne ogniwo w procesie szkolnego wychowania fizycznego.

Na łamach gazeta.pl ukazał się 5 marca 2009r. artykuł "Czas na wuefistów z ogniem". Pomimo obarczenia w nim winą za istniejący stan głównie bezpośrednich realizatorów programu, czyli wuefistów, artykuł ten stanowi w moim odczuciu obnażenie błędów także uczelni wychowania fizycznego i sportu przygotowujących wyspecjalizowane kadry nauczycielskie.

Nie od dzisiaj wiadomo, że w szkole najciekawszymi chwilami dla uczniów są najczęściej przerwy między lekcjami, głównie zaś ostatni dzwonek. Zastanawiające jest to, że przedmioty szkolne bazujące na naturalnych potrzebach dzieci (ruch, rysowanie, śpiewanie, swobodne wypowiadanie się, dociekanie itp.) utożsamiane są przez dzieci najczęściej z czymś nudnym i przymusowym. Sporadyczne doniesienia w mediach o osiągnięciach nauczycieli nawet w przedmiotach ścisłych, w których dzieci uczestniczą z wielkim zainteresowaniem świadczą dobitnie o tym, że można uczestnictwo w takich zajęciach uczynić ciekawą przygodą.

"Zniechęca ich - mówi w artykule o uczniach prof. Zbigniew Dziubiński - szkolna zbiórka na WF-ie, ćwiczenia dyscyplinujące, oceny". Przypomnieć i dobitnie podkreślić w tym miejscu należy, że nauczyciele swoją wiedzę zdobywali jako studenci na zajęciach, gdzie taki właśnie dryl był preferowany. Iluż to młodych nauczycieli, świeżo upieczonych absolwentów traciło 10-15 minut z 45-minutowej lekcji na sprawdzanie obecności i stroju, na dyscyplinowanie grupy? Czy należało się dziwić, że w tej najnudniejszej części lekcji rodziła się niechęć uczniów do lekcji WF-u?

Nie miejsce tu na polemikę z wypowiedziami różnych osób przedstawionymi w artykule, można jednak wysnuć ogólny wniosek, że uczniowie nie są zadowoleni z lekcji WF u, że z różnych powodów załatwiają sobie zwolnienia lekarskie, jednak - w myśl reformy - "wszystko zależy od kreatywności nauczycieli", czyli od tych nauczycieli, którzy - według oceny twórców reformy - "obrzydzili" uczniom wychowanie fizyczne, nauczycieli przygotowywanych do zawodu przez specjalistyczne uczelnie.

Obecna reforma, w takiej formie, w jakiej jest przedstawiana, jest w moim odczuciu pogodzeniem się z porażką i w konsekwencji z brnięciem w niewłaściwym kierunku. W ten sposób sankcjonuje się zaniedbania wczesnej edukacji, szczególnie w sferze motywacji uczniów. Należy liczyć się także z aktualną modą na określone formy ruchu, trzeba jednak brać pod uwagę i to, że - jak to w grupach bywa - wola mniejszości może być narzucona woli większości, czyli szkoła (klasa) wybierze określony rodzaj zajęć, o którym zdecyduje mniejszość uczniów.

Porażką jest to, że nie dodarto wcześniej do indywidualnych potrzeb, do możliwości i zainteresowań dzieci w klasach młodszych (I-III, IV-VI). Przecież już na tym etapie odbywa się narzucanie uczniom określonych form ruchu, przy czym najczęściej jest to zawężanie programu WF-u do tych form, które preferuje nauczyciel, czyli wychodzi się od zainteresowań nauczycieli ukierunkowanych na jakąś dyscyplinę sportową. Nowe propozycje naprawy niepokojącej sytuacji w szkolnym wychowaniu fizycznym są w moim odczuciu jednoznaczne z przyznaniem się do porażki całej rzeszy osób mających decydujący wpływ na jakość szeroko pojętej edukacji w zakresie kultury fizycznej (urzędy, ministerstwa, placówki kształcące nauczycieli). Po latach zaniedbań, bagatelizowania pogłębiającego się problemu zniechęcenia dzieci i młodzieży do szkolnego wychowania fizycznego nagle właśnie na ich barkach ma spoczywać naprawa tych zaniedbań. Proponuje się dziwną "urawniłowkę", dzieci i młodzież mają decydować o wyborze formy ruchu. Nagle - nieco sprawę przejaskrawiając - cała grupa zacznie grać w paintballa lub w rzutki, albo jeździć na kładach lub ćwiczyć na siłowni. Inna grupa spróbuje aerobiku, albo jakiegoś aktualnie modnego tańca itp. Po kilku tygodniach gusty i upodobania grupy lub jej przywódców się zmienią, zajęcia zostaną określone jako nudne, zbyt męczące, trener okaże się za bardzo lub za mało wymagający. I co dalej? Zmiana dyscypliny?

Trzeba docierać do potrzeb i zainteresowań dzieci i młodzieży, ale nie dopiero w tym momencie, gdy do wszystkiego są zniechęcone, gdy wstydzą się swojej niesprawności, gdy udział w zajęciach może narazić dziewczynę czy chłopca na utratę prestiżu w grupie. Wspomaganie rozwoju dziecka polega na wnikliwej obserwacji jego zainteresowań, predyspozycji, czynności wykonywanych z pasją; na odgadywaniu jego uzdolnień, na umożliwianiu mu udziału w różnych formach ruchu. Program szkolny ukierunkowany jest głównie na nauczenie wybranych umiejętności, na przekazanie elementarnych wycinków wiedzy na temat zdrowia, a uczeń w tym czasie kipi energią niecierpliwie czekając, aż na wf ie zacznie dziać się coś ciekawego, pasjonującego, w czym można by się po prostu radośnie wyżyć.

W pewnym okresie mojej pracy zawodowej zdarzyła się sytuacja, gdy przez rok byłem jedynym nauczycielem wychowania fizycznego w niewielkiej miejskiej szkole, miałem więc możliwość i przyjemność prowadzenia zajęć z dziećmi w klasach I-VIII, czyli zarówno z grupami chłopców, jak i dziewcząt, także (w klasach młodszych) z grupami koedukacyjnymi. Sytuacja taka sprzyjała wnikliwym obserwacjom drzemiących np. w pierwszoklasistach potrzeb, które u dzieci starszych z różnych względów mogły już być "uśpione". I niekoniecznie musiało mieć to związek z prawami rozwojowymi dziecka. Znając potrzeby małego dziecka jest się przygotowanym i wyczulonym na dostrzeganie niekorzystnych zmian, na analizowanie coraz powszechniejszego zjawiska zaniku chęci dzieci starszych i młodzieży do spontanicznej aktywności ruchowej. Eliminowanie niekorzystnych zjawisk w szkolnym wychowaniu fizycznym nie powinna polegać na godzeniu się z porażką systemu i zdawaniu się na gusta młodzieży (z zaniedbaną już motywacją do ruchu), lecz na ciągłym docieraniu do tych potrzeb, które ciągle jeszcze w dzieciach i młodzieży drzemią, które jednak z bardzo wielu powodów nie mają szans realizacji.

Oczywiście nie docierają do mnie różnego rodzaju argumenty, że na etapie edukacji wczesnoszkolnej nie powinno się korzystać ze specjalistów wychowania fizycznego - chyba, że uczelnie wychowania fizycznego przyznają otwarcie, że psychoruchowy rozwój małego dziecka nie mieści się w ich programie kształcenia, oraz że zawód nauczyciela wf bliższy jest w swoim charakterze trenerowi sportowemu niż wychowawcy. Miernikiem osiągnięć szkoły w zakresie kultury fizycznej nie jest ilość medali zdobywanych na różnego rodzaju zawodach, lecz aktywność ruchowa osób dorosłych w czasie wolnym od obowiązków zawodowych. Kształtowanie trwałych nawyków w zakresie aktywności ruchowej bazujących na osobistych predyspozycjach, doświadczeniach z dzieciństwa, sprzyjających doznawaniu satysfakcji, radości, zadowolenia to niewątpliwie główne cele szkolnej edukacji.

Włodzimierz Śliwiński


Zaświadczenie online



numer online: 52 gości

reklama