„Zboczeniec” to słowo-wytrych: w psychiatrii nie istnieje, w prawie go nie znajdziesz, a w rozmowach piętnuje każdego, kto „odstaje”. Psychiatrzy diagnozują zaburzenia, nie ludzi, prawo karze czyny, nie fantazje, a społeczeństwo lubi proste etykiety. Tymczasem filmowy „potwór” rzadko ma coś wspólnego z pacjentem u terapeuty. I tu jest haczyk: język, który zamiast tłumaczyć – stygmatyzuje, utrudniając pomoc potrzebującym.
Jak psychiatrzy definiują zboczenia?
Współczesna psychiatria dawno porzuciła termin „zboczeniec” na rzecz precyzyjniejszych określeń. Kluczowa różnica dotyczy rozgraniczenia między parafiliami a zaburzeniami parafilnymi. Parafilia to po prostu nietypowe preferencje seksualne, które nie muszą szkodzić ani osobie, ani otoczeniu. Dopiero gdy wywołują cierpienie lub prowadzą do krzywdzenia innych, mówimy o zaburzeniu wymagającym interwencji.
Dlaczego w podręcznikach DSM-5 i ICD-11 nie znajdziemy słowa „zboczeniec”? Powód jest prosty – terminologia ewoluowała, by uniknąć stygmatyzacji. DSM-5 wymienia osiem głównych zaburzeń parafilnych, takich jak wojeryzm (oglądactwo) czy pedofilia, ale podkreśla, że samo istnienie nietypowych fantazji nie jest patologią. Diagnoza stawiana jest tylko wtedy, gdy te preferencje utrudniają życie lub zagrażają innym. W ICD-11 z kolei usunięto część historycznych kategorii, uznając je za przestarzałe (np. fetyszyzm transwestytyczny).
Nawet wśród specjalistów trwają spory. Niektórzy uważają, że granica między „normą” a „zaburzeniem” bywa arbitralna. Przykład? Masochizm seksualny może być elementem zdrowej relacji, jeśli wszystkie strony wyrażają zgodę. Problem zaczyna się, gdy poszukiwanie bólu staje się przymusem lub prowadzi do trwałych uszkodzeń ciała.
Kiedy prawo milczy, a społeczeństwo osądza
W polskim kodeksie karnym słowo „zboczeniec” nie występuje. Prawo skupia się na konkretnych czynach, a nie na etykietach. Przestępstwa seksualne definiowane są przez użycie przemocy, groźby lub wykorzystanie bezradności ofiary – tak jak w nowelizacji z 2025 roku, która rozszerzyła pojęcie zgwałcenia o brak zgody. Mimo to w społecznej świadomości „zboczeniec” to synonim gwałciciela, pedofila lub ekshibicjonisty.
Dlaczego ta przepaść między prawem a potocznym rozumieniem? Powodów jest kilka. Po pierwsze, język prawny musi być precyzyjny, by uniknąć nadużyć. Tymczasem w rozmowach czy mediach „zboczeniec” służy głównie do piętnowania – to wygodne hasło, które budzi emocje, ale nie wymaga znajomości definicji. Po drugie, brak edukacji seksualnej sprawia, że społeczeństwo miesza pojęcia: myli zaburzenia z przestępstwami, a odmienność z patologią.
Warto dodać, że nawet w sądach eksperci często podkreślają: nie każdy przestępca seksualny ma parafilie, i nie każda osoba z parafilią jest przestępcą. Statystyki pokazują, że większość sprawców czynów zabronionych nie cierpi na zaburzenia preferencji – po prostu łamią prawo.
Socjologia demaskuje stereotypy
Florian Znaniecki, jeden z ojców polskiej socjologii, w latach 30. XX wieku wprowadził pojęcie „człowieka zboczeńca” – ale zupełnie inaczej, niż się powszechnie sądzi. W jego ujęciu „zboczenie” nie dotyczyło seksu, tylko ogólnego odstępstwa od ról społecznych. Zboczeńcem mógł być zarówno geniusz łamiący konwenanse, jak i przestępca.
Znaniecki dzielił tych ludzi na dwie grupy:
- nadnormalnych – tych, którzy przekraczają społeczne normy, by tworzyć coś nowego (np. artyści, reformatorzy),
- podnormalnych – osób, które nie potrafią lub nie chcą dostosować się do oczekiwań (np. buntownicy, outsiderzy).
Dziś ta teoria brzmi zaskakująco świeżo. Współczesne dyskusje o neuroróżnorodności czy prawach mniejszości pokazują, że „odstępstwo od normy” nie zawsze jest złe. Problem pojawia się, gdy społeczeństwo nadaje słowu „zboczeniec” wyłącznie negatywne znaczenie, pomijając historyczny kontekst.
Mówimy „zboczeniec” bez zastanowienia
W potocznym języku „zboczeniec” stał się workiem, do którego wrzuca się wszystko, co budzi niepokój. To określenie działa jak magiczne zaklęcie – stygmatyzuje, ale nie tłumaczy. Ktoś, kto nosi nietypowe ubrania? Zboczeniec. Ktoś, kto ma dziwne hobby? Też zboczeniec. Nawet politycy używają tego słowa, by zdyskredytować przeciwników.
Jak to się stało, że termin o korzeniach medycznych stał się narzędziem obrazy? Winna jest powierzchowna wiedza i lenistwo językowe. Łatwiej nazwać kogoś „zboczeńcem” niż zastanowić się, dlaczego jego zachowanie odbiega od normy. Media podsycają ten trend, kreując czarno-białe historie o „potworach” i „ofiarach”. Tymczasem rzeczywistość jest bardziej złożona.
Przykład? W sieci pełno jest „poradników”, które sugerują, że kolekcjonowanie figurek anime to oznaka zboczenia. Absurd? Owszem, ale pokazuje, jak elastyczne stało się to pojęcie. Język potoczny rozciąga znaczenie „zboczeńca” na wszystko, co nie mieści się w wąskiej wizji „normalności” – niezależnie od kontekstu czy intencji.
Kino kontra gabinet psychiatryczny
Filmowy „zboczeniec” zwykle ma zero wspólnego z rzeczywistością. To często kalka z horrorów: wygląda odpychająco, działa irracjonalnie i stanowi zagrożenie dla otoczenia. Tymczasem w gabinetach psychiatrycznych osoby z zaburzeniami preferencji seksualnych częściej przypominają zwykłych sąsiadów niż postaci z ekranu.
Przykład? W „Locie nad kukułczym gniazdem” elektrowstrząsy pokazano jako torturę, podczas gdy w rzeczywistości to bezpieczna metoda leczenia ciężkich depresji. Podobnie serialowi gwałciciele zwykle są przedstawiani jako „potwory z parafilią”, choć statystyki mówią co innego – większość przestępców seksualnych nie ma zaburzeń diagnozowanych w DSM-5.
Skąd ta przepaść? Reżyserzy celowo upraszczają rzeczywistość, by budować napięcie.
- Filmowy „zboczeniec” to często amalgamat lęków: łączy w sobie pedofilię, sadyzm i schizofrenię, choć w życiu takie połączenia praktycznie nie występują.
- Brak konsultacji z ekspertami: scenariusze piszą osoby bez wiedzy psychiatrycznej, utrwalając mity o „nieuleczalnych dewiantach”.
- Efekt wow: pokazanie prawdziwej terapii czy codzienności pacjenta z parafilią byłoby mało widowiskowe.
Efekt? Widzowie zaczynają postrzegać każde nietypowe zachowanie przez pryzmat patologii. Tymczasem wiele osób z diagnozą parafilii prowadzi zwyczajne życie, kontrolując swoje skłonności poprzez terapię.
Czy każdy przestępca seksualny ma zaburzenia?
Tu media serwują nam największe przekłamanie. Statystyki są bezlitosne: tylko 10-15% sprawców przestępstw na tle seksualnym cierpi na zaburzenia preferencji. Reszta to ludzie bez diagnoz, którzy po prostu łamią prawo.
Dlaczego więc w serialach każdy gwałciciel to „chory zboczeniec”? To wygodne uproszczenie. Łatwiej osądzić kogoś jako „wariatka” niż przyznać, że zwykły sąsiad czy ksiądz może popełnić potworny czyn. Tymczasem:
- Pedofilia ≠ dziecko jako ofiara: większość przestępstw wobec nieletnich dotyczy nastolatków i wynika z oportunizmu, nie zaburzeń.
- Gwałt to kwestia władzy, nie popędu: sprawcy często wybierają ofiary dostępne, nie zaś odpowiadające ich ewentualnym fantazjom.
Paradoksalnie, osoby z rzeczywistymi parafiliami rzadziej popełniają przestępstwa niż „normalni” obywatele. Dlaczego? Boją się konsekwencji i często szukają pomocy, zanim fantazje wymkną się spod kontroli.
Od moralnego upadku do diagnozy lekarskiej
W XIX wieku „zboczenie” było synonimem grzechu. Kaznodzieje straszyli, że masturbacja prowadzi do ślepoty, a homoseksualizm to „diabelska pokusa”. Przełom nastąpił w latach 80. XX wieku, gdy do głosu doszła nauka.
Kluczowe zmiany:
- DSM-III (1980): wprowadzono termin „parafilia”, odcinając się od moralizujących określeń.
- ICD-11 (2025): usunięto fetyszyzm transwestytyczny i sadomasochizm z listy zaburzeń, uznając je za warianty normy.
- Nowa definicja granicy: zaburzeniem jest tylko to, co powoduje cierpienie lub zagraża innym.
Ciekawe, że współcześni psychiatrzy unikają nawet słowa „zboczeniec”. Wolą mówić o „osobach z nietypowymi preferencjami” – to zmniejsza stygmatyzację.
Jak słowa utrudniają leczenie?
„Zboczeniec” to nie tylko obraźliwe słowo. To społeczna przepowiednia, która może się spełnić. Osoby z parafiliami często ukrywają problem latami, bojąc się reakcji otoczenia.
Mechanizm błędnego koła wygląda tak:
- Media kreują wizerunek „potwora”, więc pacjent wstydzi się przyznać nawet przed terapeutą.
- Brak terapii prowadzi do narastania napięcia.
- W kryzysie człowiek może popełnić błąd, potwierdzając społeczny stereotyp.
Badania pokazują, że pacjenci częściej zgłaszają się na terapię, gdy w mediach mówi się o „zaburzeniach” zamiast „zboczeniach”. Zmiana języka to nie poprawność polityczna – to narzędzie ratujące zdrowie publiczne.
Przykład? W Szwecji kampania „Parafilia to nie wyrok” zwiększyła zgłaszalność do terapeutów o 40% w ciągu 5 lat. W Polsce wciąż brakuje takich inicjatyw.

