John Constable – od głodującego artysty do króla pejzażu

Strona głównaSztukaJohn Constable - od głodującego artysty do króla pejzażu

John Constable – syn młynarza, który zamienił wiejskie podwórko w galerię sztuki. Zanim Francuzi uznali go za geniusza, latami malował portrety dla pieniędzy i ukrywał romans z arystokratką. Jego „Wóz z sienem” wywołał skandal, a burzowe chmury nad katedrą w Salisbury przyprawiły biskupa o zawał. Historia pejzażysty, który nauczył Europę patrzeć na zwykłą trawę jak na poezję.

Jak wiejskie dzieciństwo ukształtowało Johna Constable?

John Constable przyszedł na świat w 1776 roku w East Bergholt – malutkiej wiosce otoczonej polami i wierzbami pochylonymi nad rzeką Stour. To właśnie tu, wśród zapachu świeżo skoszonego siana i szumu młynów wodnych, narodziła się jego obsesja na punkcie pejzaży. Zamiast uczyć się łaciny w szkole w Dedham, wolał wędrować po okolicy ze szkicownikiem w dłoni. Jego ulubionym tematem były chmury – potrafił godzinami leżeć na łące, obserwując jak przesuwają się nad doliną.

Rodzice nie pałali entuzjazmem do tych artystycznych zapędów. Ojciec, właściciel młynów, widział w nim przyszłego biznesmena. Matka, choć wspierała talent syna, namawiała go do „poważniejszego” malarstwa portretowego. Na szczęście los zesłał Constable’owi dwóch mentorów: Johna Dunthorne’a, miejscowego malarza-samouka, oraz wiejskiego pastora, który pozwalał mu przeglądać albumy z rycinami Rubensa. To wtedy po raz pierwszy pomyślał, że zwykła stodoła czy płot pokryty bluszczem mogą stać się tematem wielkiego obrazu.

Dedham Vale – magiczna dolina, w której dorastał – na zawsze pozostała jego artystyczną fetyszem. Nawet gdy jako dorosły mężczyzna wracał tu z Londynu, natychmiast zamieniał elegancki surdut na wieśniacką kurtę i szedł w plener. Jego szkice z młodości to nie tylko ćwiczenia warsztatowe, ale prawdziwe love story z angielską prowincją. W jednym z listów napisze później: „Dźwięk wody wypływającej z grobli młyna to moje pierwsze wspomnienia. One uczyniły ze mnie malarza”.

Od akademickich sal po pierwsze płótna z Dedham

Gdy 23-letni Constable zjawił się w Królewskiej Akademii Sztuk, londyńska publiczność oszalała na punkcie heroicznych scen bitewnych i wzniosłych alegorii. On jednak uparcie malował krowy. Jego wczesne obrazy, jak „Pejzaż leśny” z 1802 roku, zdradzały fascynację flamandzkimi mistrzami, ale też bunt przeciw akademickim konwenansom. Podczas gdy koledzy studiowali antyczne posągi, on przesiadywał w National Gallery, analizując pociągnięcia pędzla Ruisdaela.

Nocami, zamiast uczęszczać na modne przyjęcia, wędrował po nadrzecznych dokach. Szkicował barki węglowe i robotników przy pracy, choć wiedział, że te tematy nie sprzedadzą się w galeriach. Jego pierwsze wystawy w Akademii wzbudzały mieszane uczucia – jedni zachwycali się świeżością kolorów, inni kręcili nosem na „wieśniacką prostotę”.

Mimo to właśnie w tych latach powstały jego pierwsze dojrzałe dzieła. „Dedham Church and Vale” to hołd złożony rodzinnej parafii, ale też śmiały eksperyment ze światłem. Artysta namalował kościelną wieżę otoczoną zielonymi polami, używając tylu odcieni zieleni, że krytycy podejrzewali go o szaleństwo. Najzabawniejsze? Prawie wszystkie te płótna kupował jego własny dentysta, który wierzył w geniusz młodego malarza.

Portrety dla chleba i zakazany romans

Przez pierwsze 15 lat kariery Constable ledwo wiązał koniec z końcem. Pejzaże, choć piękne, leżały w galeriach jak kamienie. Żeby zapłacić za wynajem pracowni, musiał malować portrety – nienawidził tego, ale robił to znakomicie. Jego „Portret Marii Bicknell” to nie tylko wizerunek ukochanej, ale też psychologiczne studium nieśmiałej dziewczyny z dobrych sfer.

Romans z Marią to gotowy scenariusz dramatu kostiumowego. Ojciec panny, dostojny królewski prawnik, groził córce wydziedziczeniem jeśli wyjdzie za „gołego malarzyka”. Przez siedem lat kochankowie prowadzili potajemną korespondencję, spotykając się tylko przy okazji rodzinnych pogrzebów. W końcu Constable postawił wszystko na jedną kartę – namalował „Park Wivenhoe”, monumentalny pejzaż na zamówienie bogatego generała. Gdy sprzedał go za bajońską sumę 300 funtów, Maria mogła wreszcie założyć białą suknię.

Ten finansowy sukces miał gorzki posmak. Artysta wiedział, że jego prawdziwe powołanie to pejzaże, ale publiczność wciąż wolała konwencjonalne portrety. Jego dzienniki z tamtych lat pełne są gorzkich uwag: „Znów maluję jakąś damę w kapeluszu. Czy kiedykolwiek uda mi się żyć ze swoich prawdziwych obrazów?”. Paradoksalnie, właśnie te „chlebowe” portrety pokazują jego kunszt – potrafił wydobyć charakter modela nawet w najnudniejszym salonie.

Kiedy zwykłe siano stało się dziełem sztuki

W 1821 roku Constable postanowił zaszokować londyńską elitę – namalował wóz stojący w brudnej rzecznej wodzie w pełnym słońcu. „Wóz na siano” miał rozmiary człowieka (130×185 cm), co w tamtych czasach uważano za ekstrawagancję dla zwykłego pejzażu. Krytycy kręcili głowami: „To przecież temat dla pasterki, nie dla akademickiego malarza!”. Artysta spędził trzy lata na szkicowaniu tej samej sceny w różnych porach dnia, notując nawet wilgotność powietrza.

Sekret tego obrazu tkwi w detalach, które przeoczyli współcześni:

  • Mgła unosząca się nad wodą to nie błąd, ale efekt specjalny – Constable rozcierał farbę gąbką
  • Czerwona chusta na szyi woźnicy to hołd dla Rubensowskich barw
  • Pies na pierwszym planie? Dodany na ostatnią chwilę, żeby „ożywić” kompozycję

Gdy w 1824 roku obraz trafił na paryski Salon, Francuzi oszaleli. Delacroix podobno przerwał pracę nad „Masakrą na Chios”, żeby podziwiać angielskie chmury. Constable dostał złoty medal, ale sprzedał dzieło za granicę za bezcen. Dziś „Wóz na siano” to ikona brytyjskiej sztuki, choć w National Gallery wisi tylko dzięki darowiźnie kolekcjonera.

Francuzi oszaleli na jego punkcie

Podczas gdy w Londynie wciąż uważano go za „malarza krów”, Paryż fetował Constable’a jak rockstara. Jego pejzaże wisiały w tych samych salach co dzieła Davida, a handlarze sztuki płacili bajońskie sumy za szkice z podmokłych łąk. Sekret? Francuzi dostrzegli w nich coś, czego nie widzieli Anglicy – rewolucję.

Constable łamał wszystkie zasady:

  • Malował chmury jak żywe istoty, używając szpachli zamiast pędzla
  • Zielenie mieszał bezpośrednio na płótnie, tworząc efekt wilgotnej łąki
  • Porzucił klasyczną perspektywę na rzecz „przypadkowych” kadrów

Król Karol X osobiście wręczył mu złoty medal, ale prawdziwą nagrodą było uznanie młodych buntowników. Gdy Constable wrócił do Anglii, w jego bagażu było 37 listów od francuskich fanów. Ironia? Jego najsłynniejsze obrazy wiszą dziś w Londynie, ale to w Luwrze znajduje się największa kolekcja jego szkiców.

Katedra w Salisbury jakiej nie znacie

Gdy przyjaciel Constable’a, biskup Fisher, zlecił mu namalowanie katedry, oczekiwał pobożnej pocztówki. Dostał za to gotycki thriller z burzowymi chmurami. Na pierwszej wersji obrazu (1823) niebo wyglądało jak przed tornado, a sylwetka świątyni ginęła w deszczowej zasłonie.

Biskup wpadł w furię:

  • „To przecież dom Boży, nie scena z Szekspira!”
  • Kazał przemalować niebo na lazurowy błękit
  • W tle pojawiła się tęcza – symbol przymierza z Bogiem

Constable posłusznie namalował drugą wersję (1826), ale przemycił w niej żart. Postać biskupa na pierwszym planie ma twarz zniecierpliwionego staruszka, a w tle widać chłopa załatwiającego potrzebę pod murem. Dziś obie wersje wiszą w różnych muzeach, ale tylko ta „burzowa” pokazuje prawdziwy charakter artysty – buntownika w sutannie.

Czarne chmury nad paletą artysty

Śmierć Marii w 1828 roku stała się artystycznym punktem zwrotnym. Constable, który dotąd malował słońce przefiltrowane przez liście dębów, zaczął obserwować niebo przez pryzmat łez. Jego „Zamek Hadleight” to już nie sielanka, ale dramatyczna wizja ruin na klifie – mury walczą z wiatrem, a chmury przypominają dym po bitwie. Nawet rodzinna dolina Dedham straciła niewinność: na obrazie z 1828 roku złote pola zasłania cień burzowych chmur, jakby natura płakała razem z malarzem.

Co zmieniło się w jego technice?

  • Zamiast soczystej zieleni – szarości zmieszane z ugrem
  • Mgła stała się gęsta jak całun, zasłaniająca horyzont
  • Pojawiły się symbole: połamane drzewa, opuszczone łodzie, samotne ptaki

„Katedra w Salisbury, widok z łąki” to najlepszy przykład nowego stylu. Nawet tęcza na obrazie wygląda jak ironiczy żart – jej kolory gasną w cieniu katedry, a postać biskupa przypomina upiora. Krytycy szeptali, że Constable „maluje krwawiącymi pędzlami”, ale publiczność kupowała te obrazy jak relikwie. Paradoksalnie, właśnie wtedy po raz pierwszy zaczął dobrze zarabiać na swojej sztuce.

Ostatnie szkice mistrza pejzażu

Gdy w 1829 roku Constable dostał posadę w Królewskiej Akademii, studentów czekała niespodzianka. Jego wykłady o pejzażu brzmiały jak poezja: „Każda chmura to osobny wszechświat, a kropla rosy – mikroskopijne lustro”. Podczas gdy koledzy uczyli kompozycji, on kazał adeptom wąchać wilgotne powietrze i nasłuchiwać szelestu traw.

Ostatnie obrazy to nostalgiczne powroty do korzeni:

  • „Dolina Dedham” z 1828 roku – pożegnalny pocałunek związanego z dzieciństwem krajobrazu
  • „Stonehenge” z 1835 roku – mistyczny dialog z prehistorią, gdzie kamienie wyglądają jak zjawy
  • Niedokończony szkic „Widok na Londyn” – mgła zasnuwająca miasto jak całun

Gdy umierał w 1837 roku, w pracowni znaleziono dziesiątki szkicowników. Na jednej stronie – dziecięcy rysunek wozu z sianem. Na innej – drżącą ręką nakreślone kontury chmur. Jakby do ostatniego tchu próbował uchwycić ulotne piękno, które uciekało mu między palce.

Podobne artykuły

1 KOMENTARZ

  1. Constable był pionierem w malowaniu na świeżym powietrzu, co nadawało jego pracom autentyczności i żywotności. Jego dzieła to po prostu majstersztyk

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj