Gitowcy – jak wyglądali i kto mógł nazwać się gitem?

Strona głównaŚwiadomośćSpołeczeństwoGitowcy - jak wyglądali i kto mógł nazwać się gitem?

Świat gitowców to nie tylko ortalionowe kurtki, ale przede wszystkim bezwzględny kodeks honorowy rodem z więzienia. Wystarczyło złamać jedną z 5 żelaznych zasad językowych, by na zawsze stracić twarz w oczach „Ludzi” i spaść w hierarchii na dno. Poznaj surowe realia PRL-owskich blokowisk, gdzie życie toczyło się według brutalnej grypsery, a każdy gest miał znaczenie.

Powstanie subkultury gitowców

Subkultura gitowców nie narodziła się w próżni, lecz była bezpośrednią odpowiedzią na szarą i beznadziejną rzeczywistość PRL-u lat 70. Młodzi ludzie, szukając tożsamości w systemie promującym urawniłowkę, zwrócili się w stronę tego, co zakazane i tajemnicze. Fundamentem tego ruchu stała się fascynacja światem przestępczym, który w ich oczach jawił się jako jedyna oaza wolności i twardych zasad.

Ważnym momentem formowania się grupy było przenikanie grypsery – czyli gwary i kultury więziennej – poza mury zakładów karnych. To właśnie recydywiści i osadzeni, wracający do społeczeństwa, stawali się mimowolnymi mentorami dla młodzieży z wielkich blokowisk. Więzienny etos, oparty na sile i lojalności, trafiał na podatny grunt wśród chłopaków z robotniczych dzielnic, którzy gardzili oficjalną propagandą sukcesu.

Ogromną rolę w tym procesie odegrały zakłady poprawcze, potocznie zwane poprawczakami. To tam młodzi ludzie przechodzili przyspieszony kurs dorastania, ucząc się hierarchii i brutalnych reguł przetrwania. Po wyjściu na wolność, zasady panujące w celach przenosili bezpośrednio na podwórka, tworząc hermetyczne grupy „Ludzi”, którzy rządzili osiedlami Warszawy, Wrocławia czy Gdańska.

Gitowcy przed blokiem w latach 70 stylizacja ortalionowa

Podział społeczeństwa i żelazne zasady kodeksu gitowca

Świat według gitowców był czarno-biały i nie uznawał żadnych odcieni szarości. Społeczeństwo zostało rygorystycznie podzielone na dwie zwalczające się grupy: „Ludzi” (czyli gitowców) oraz całą resztę, pogardliwie nazywaną frajerami. Ten podział determinował każdą interakcję, od sposobu witania się po prawo do przebywania w danej dzielnicy.

Tatuaż gitowca kropka i kotwica symbolika

Git-ludzie

Pełnoprawnym członkiem grupy, czyli „Git-człowiekiem”, mógł zostać tylko ten, kto wykazał się odpowiednim charakterem i bezwzględnym przestrzeganiem kodeksu. Nie chodziło tu tylko o siłę fizyczną, ale przede wszystkim o umiejętność trzymania języka za zębami i lojalność wobec kumpli. Gitowiec musiał być „charakterny” – nie mógł współpracować z milicją, donosić ani okazywać słabości.

Bycie „Człowiekiem” wiązało się z elitarnością, ale też licznymi obowiązkami. Każdy z nich musiał znać grypserę i umiejętnie się nią posługiwać, by odróżnić się od pospólstwa. Zewnętrznym znakiem przynależności był często tatuaż, na przykład kropka przy oku (cyngwajs) lub serce z kotwicą, a także specyficzny ubiór – ortalionowe kurtki i spodnie w kant.

Frajerzy

Dla gitowca każdy, kto nie należał do ich subkultury, był frajerem. Do tej grupy zaliczano „zwykłych” obywateli, uczniów pilnie chodzących do szkoły, a przede wszystkim przedstawicieli innych subkultur, jak hipisi. Frajer w oczach gita nie posiadał honoru, a co za tym idzie – żadnych praw.

Kodeks pozwalał, a wręcz nakazywał wykorzystywanie frajerów. Okradzenie czy pobicie kogoś spoza grupy (tzw. „krojenie”) nie było traktowane jak przestępstwo, lecz jak naturalna kolej rzeczy. Frajer istniał po to, by „Człowiek” mógł na nim zarobić lub udowodnić swoją dominację w stadzie. Taka filozofia pozwalała gitowcom racjonalizować przemoc i budować poczucie wyższości.

Cwele i pariasi

Na samym dnie hierarchii, znacznie niżej niż frajerzy, znajdowali się cwele i osoby „przecwelone”. Były to jednostki wykluczone ze środowiska, często w wyniku złamania najświętszych zasad kodeksu lub – w warunkach więziennych – ofiary przemocy seksualnej. Kontakt z taką osobą był dla szanującego się gita hańbą, a samo dotknięcie rzeczy należących do „nieczystego” mogło skutkować utratą statusu.

5 słów, których nie wolno było używać bez konsekwencji

Język gitowców był polem minowym – jedno nieopatrznie wypowiedziane słowo mogło skończyć się ciężkim pobiciem. Słowa miały moc sprawczą, a ich znaczenie w grypserze drastycznie różniło się od polszczyzny ogólnej.

  • „Kurwa” (bez dodatku) – użycie tego przekleństwa jako przerywnika w rozmowie z innym gitem było ryzykowne, ale skierowanie go bezpośrednio do kogoś (np. „Ty kurwo”) było śmiertelną obrażą. W grypserze oznaczało to nazwanie czyjejś matki prostytutką. Aby złagodzić wydźwięk, należało obowiązkowo dodać słowo „mać”, co nadawało wulgaryzmowi charakter bezosobowy.
  • „Dziękuję” – słowo to było symbolem słabości i frajerstwa. Gitowiec nie dziękował, bo mu się należało. Użycie formy grzecznościowej mogło zostać odebrane jako uległość. Zamiast tego używano zwrotów typu „dźwięki” lub po prostu kiwnięcia głową.
  • „Przepraszam” – w świecie twardych charakterów nie było miejsca na skruchę. Przepraszanie oznaczało przyznanie się do błędu i okazanie lęku. Prawdziwy git nigdy nie przepraszał; jeśli zawinił, musiał „odpokutować” czynem lub przyjąć karę na klatę.
  • „Cwel” – to nie była zwykła obelga, to był wyrok. Nazwanie kogoś cwelem bez twardych dowodów na jego hańbę wymagało natychmiastowej reakcji fizycznej ze strony pomówionego. Brak ataku oznaczał milczące przyznanie się do tego statusu.
  • „Złodziej” – paradoksalnie, w środowisku przestępczym słowo to w ustach obcego mogło brzmieć neutralnie, ale między sobą gitowcy używali precyzyjnych określeń. Jednak nazwanie kogoś „złodziejem” w kontekście okradania swoich (czyli innych gitów) było najcięższym zarzutem zdrady zasad solidarności.

Elementy garderoby charakteryzujące subkulturę gitowców

W szarej rzeczywistości Polski Ludowej, gdzie sklepowe półki świeciły pustkami, a ulica zdominowana była przez bezkształtne płaszcze, gitowcy stworzyli własny, niezwykle precyzyjny kod wizualny. Ich wygląd był manifestacją buntu, ale buntu uporządkowanego i schludnego, co odróżniało ich od „brudnych” hipisów. Gitowiec musiał prezentować się „elegancko” w rozumieniu swojej grupy – czysto, ostro i z fasonem, który budził respekt na dzielnicy.

Charakterystycznym elementem, od którego zaczynała się stylizacja, była fryzura. Włosy musiały być krótko przystrzyżone, często z dłuższą grzywką zaczesaną na gładko do tyłu lub na bok, w stylu potocznie zwanym „na małpę” lub „na pazia”. Taka stylizacja wymagała stałej uwagi i częstych wizyt u fryzjera, co wbrew pozorom było dla nich powodem do dumy. Do tego dochodziły spodnie – koniecznie „w kant”, często zwężane ku dołowi, które miały podkreślać nienaganną sylwetkę i dbałość o detale, nawet w trudnych warunkach podwórkowych.

Ortalion i szwedki jako symbol statusu

Najbardziej ikonicznym elementem ubioru, który stał się niemal synonimem gitowca, była kurtka ortalionowa. W latach 70., kiedy zachodnia odzież była towarem luksusowym, szeleszczący ortalion w kolorze granatowym lub niebieskim był szczytem osiedlowego szyku. Materiał ten, choć sztuczny, kojarzył się z nowoczesnością i Zachodem, a jego praktyczność – łatwość w czyszczeniu i odporność na deszcz – idealnie sprawdzała się w „bojowych” warunkach życia ulicznego. Noszenie takiej kurtki było jasnym sygnałem: ten chłopak zna się na rzeczy i potrafi „zorganizować” sobie deficytowy towar.

Uzupełnieniem stroju były legendarne „szwedki” – specyficzne buty, zazwyczaj skórzane, o nieco podwyższonej cholewce i charakterystycznym, grubym szwie. Były one solidne, ciężkie i nadawały krokowi pewności, a w razie potrzeby stawały się niebezpiecznym narzędziem podczas bójek. Szwedki nie służyły do biegania, lecz do powolnego, bujającego się chodu, który sygnalizował panowanie nad terytorium. W zestawie z dopasowanym golfem (często noszonym pod kurtką) tworzyły wizerunek twardziela, z którym lepiej nie zadzierać.

Elementy ubioru gitowca kurtka ortalionowa i buty

Tatuaże i złote zęby

O ile ubranie można było zdjąć, o tyle tatuaże, w gwarze nazywane „dziarami”, były trwałym świadectwem przynależności do świata „Ludzi”. Wykonywane prymitywnymi metodami (tzw. kolką), często w warunkach więziennych lub poprawczych, miały głęboką symbolikę. Najbardziej rozpoznawalnym znakiem była kropka przy zewnętrznym kąciku oka, zwana „cyngwajsem”. Informowała ona otoczenie, że jej posiadacz to recydywista lub człowiek głęboko wtajemniczony w grypserę, gotowy na wszystko. Popularne były również kropki na dłoniach, oznaczające hierarchię, czy serca przebite sztyletem – symbol zemsty lub zawiedzionej miłości.

Równie ważnym, choć kosztownym elementem wizerunku, były złote zęby. W realiach PRL, gdzie inflacja zjadała oszczędności, złote nakładki na zęby pełniły podwójną rolę: estetyczną i ekonomiczną. Były one swoistą lokatą kapitału, którą gitowiec zawsze nosił przy sobie, a jednocześnie jaskrawym dowodem na to, że powodzi mu się w życiu (zazwyczaj dzięki nielegalnym interesom). Uśmiech błyszczący złotem budził respekt i zazdrość, będąc ostatecznym potwierdzeniem statusu materialnego w grupie.

Dlaczego gitowcy nienawidzili hipisów?

Konflikt między gitowcami a hipisami był jednym z najostrzejszych podziałów kulturowych w PRL-u. Dla wychowanych w kulcie siły, dyscypliny i twardych zasad gitów, hipisi („kudłacze”, „chwasty”) byli ucieleśnieniem wszystkiego, czym gardzili. Pacyfizm, długie włosy i kolorowe stroje dzieci kwiatów odbierane były jako zniewieściałość i słabość, co w kodeksie honorowym ulicy było grzechem niewybaczalnym. Gitowiec musiał być „charakterny” i gotowy do walki, podczas gdy hipis z założenia unikał przemocy, stając się idealnym celem ataku.

Nienawiść ta miała też podłoże klasowe i ideologiczne. Gitowcy, wywodzący się często z rodzin robotniczych, paradoksalnie byli bardziej konserwatywni w kwestiach obyczajowych (poza przestępczością) niż hipisi, którzy kontestowali wszelkie normy społeczne. „Tępienie chwastów” było dla gitowców swoistą misją oczyszczania miasta z elementów obcych, co często kończyło się brutalnymi pobiciami i przymusowym strzyżeniem długowłosych rywali. Była to walka dwóch światów: brutalnego pragmatyzmu z utopijnym idealizmem.

Czego słuchali twardziele z osiedla?

Wbrew powszechnym mitom, subkultura gitowców nie wytworzyła własnego gatunku muzycznego, ani nie utożsamiała się z żadnym konkretnym zespołem rockowym, jak miało to miejsce w przypadku punków czy metalowców. Muzyka była dla nich tłem do biesiad i picia wódki, a nie nośnikiem buntu ideologicznego. Słuchali tego, co leciało w radiu, o ile wpadało w ucho, ale największym szacunkiem darzyli specyficzny folklor więzienny.

Ballady o złodziejskim losie, tęsknocie za wolnością i zdradzie, takie jak słynny „Czarny chleb i czarna kawa”, trafiały idealnie w ich wrażliwość. Na prywatkach królowała muzyka taneczna, wczesne disco, a później Italo Disco – proste, rytmiczne kawałki, przy których można było się bawić z dziewczynami. Gitowiec nie szukał w muzyce skomplikowanych treści; szukał sentymentu lub rytmu do zabawy. Czesław Niemen był jednym z nielicznych artystów tolerowanych przez to środowisko, głównie ze względu na potężny głos i charyzmę, choć jego wygląd bywał już kontrowersyjny.

Ewolucja gitowców w dresiarzy lata 90

Transformacja w dresiarzy i kiboli

Koniec lat 80. i transformacja ustrojowa przyniosły zmierzch klasycznej subkultury gitowców. Otwarcie granic, napływ zachodnich towarów i brutalizacja świata przestępczego sprawiły, że stary, skomplikowany kodeks honorowy przestał być atrakcyjny dla młodego pokolenia. Romantyczny etos „złodzieja z zasadami” został wyparty przez kult pieniądza i bezwzględnej siły. Dawni gitowcy, lub ich młodsi naśladowcy, zaczęli ewoluować w dresiarzy.

Ortalionowe kurtki zamieniono na dresy adidasa (często podrabiane), a szwedki na sportowe buty typu „adidasy”. Zmieniła się też struktura agresji – miejsce honorowych bójek na pięści zajęły ustawki z użyciem kijów bejsbolowych i noży. Część środowiska gitowskiego wchłonęły grupy kibolskie (szalikowcy), gdzie hierarchia i nienawiść do policji pozostały żywe, ale zasady grypsery uległy spłyceniu. Lata 90. to czas, w którym gitowcy rozpłynęli się w nowej, rodzącej się polskiej mafii i grupach chuligańskich, pozostawiając po sobie jedynie legendy i specyficzną gwarę, która przetrwała w języku potocznym do dziś.

Podobne artykuły

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj